Bandung – miasto przedstawiane jako Paryż Indonezji. Co tylko utwierdza nas w przekonaniu że Indonezyjczycy mało widzieli 😉
Dotarliśmy tu jadąc indonezyjskim intercity. Szybki, wygodny, czysty i chłodny. Chyba najlepsza opcja. Jak na standardy azjatyckie także drogi 😅. Dworzec – jak małe lotnisko a bilety jak boarding pass.


Ale komfort podróży i możliwość czytania Harrego Pottera – bezcenne.

Mały ps. Jerzyk dostał Kindle od taty – do tego zgrane pierwsze 3 tomy Harrego. Pierwszy już pochłonięty. 😃Koniec wtrętu.
Pierwszy dzień w Bandung, czyli dobre jedzenie.
Pierwszy dzień w Bandung to pytanie – co tu do cholery robimy? Plus pytanie z gwiazdką – czy nie spadać stąd wcześniej? Skąd to się wzięło?
Po pierwsze nacleg – znów w wieżowcu ale klase lub dwie niżej . Mieszkanie małe i, po prostu, niechlujne ( jak na cenę). Ale cóż… Nie takie mieszkania się miało.
Część druga – pojechaliśmy na reprezentatywna część. I coz – była jak mieszkanie. Słynne art deco nie wypływa z centrum lecz raczej się chowa.

Jasny punkt pierwszy – w tym mieście jeżdżą turystyczne autobusy z indonezyjskimi turystami – coś tu musi być!

Jasne punkt – trafiliśmy do super restauracji. Wiadomo – jak na Indonezję – bardziej z wyższej półki. Ale… Świetnie stylizowana i z super jedzeniem. Wchodzi się jak do chaty, po lewej panie i panowie przygotowują warzywa.

W środku dostajemy talerz z liściem bananowca i wybieramy potrawy. Wybieramy też co upiec, zgrillowac itp. wszystko w super klimacie. Dużo gości indonezyjskich i wszyscy b zachwyceni. Niemal każdy na wyjściu robi sobie selfie lub kręci film.



A oto jak wyglądały nasze talerze. Najlepsze jedzenie jak do tej pory! I ta cudowna atmosfera!!



I tak z większym optymizmem wróciliśmy do nas. Oczywiście znaleźliśmy też basen … 😉 Ale to już na dzień kolejny.

Dzień drugi w Bandung, czyli muzeum i ulica.
Jedna atrakcja dziennie. To dobry klucz na podróż z dziećmi. Dziś było muzeum geologiczne. Trochę bez przekonania ale z nadzieją. Gdy dotarliśmy na miejsce zobaczyliśmy co to “weekendowe obłożenie”. Było sporo pełnych entuzjazmu młodych ludzi! A wejścia pilnował kot:

A w środku… Piękne, multimedialne muzeum!! Mnóstwo ciekawych informacji, prezentacji, trochę kości… Wszystkiego!




Był nawet pokój z prezentacją 3d tsunami! Czuliśmy się jak na plaży zalewanej przez tsunami!

Był też polski akcent:

I dinozaury:


Nie dam zdjęć z atrakcji i wystawy. Było SUPER! Ale też intensywnie. Na koniec my też stalismy się atrakcją. Mam nadzieję – nie geologiczną.

Dalej głodni poszliśmy na uliczkę “reprezentacyjną”. Było tłoczno i ciekawie. Zjedliśmy w jednej z pierwszych kawiarni. Potem trochę żalowalismy – późnej było więcej różnorodnego jedzenia 😃

Ale i tak było smacznie. Kawa była też w opcji wietnamskiej…

A w lokalu stała stara Bemka 😉


Potem już tradycyjnie – wynik handlu ” pół dnia zwiedzamy, pół dnia basen”…

Choć woda okazała się zbyt mokra i chłodna tym razem 😅 a na kolację Nasi Goreng i frytki…


Jutro kolejny dzień z miasteczka. Dużo by opowiadać a to tylko 2 dni…. A jednak coś to miasto w sobie ma… Warto było zostać tyle ile planowaliśmy. A przed nami jeszcze jeden dzień… 😉
