Kolejny dzień w Bandung. Kolejny dzień przygód. Tym razem wyruszamy na wulkan! Raptem ok 30km od miasta. Ale jak to w Indonezji – odległości mierzymy czasem przyjazdu a nie faktyczną liczba kilometrów. I tak tym razem wyniósł ponad godzinę 😃 a dojechaliśmy na krawędź jednego z kraterów ( jest ich tam 4).

Wulkan jest czynny a ostatnia erupcja była w 2019 r. Teraz wulkan jest też monitorowany 😉 Fajnie że dzieci po wizycie w muzeum geologicznym i “lekcji” o wulkanach teraz widziały wszytko na żywo. No może bez lawy (Jerzyk niepocieszony).

Siarka. Szkoda że nie możemy zrobić zdjęcia unoszacemu się wszędzie zapachowi siarkowodoru 😃 Zgniłe jaja towarzyszyły nam cały czas przy spacerze po krawędzi krateru

Przy innym kraterze wybijają górące źródła. Doszliśmy tam po 1,5km spacerze przez dżunglę .

Po dotarciu ukazał nam się księżycowy krajobraz i ki lka sadzawek z gorącą wodą. Jedno z nich że stałą monitorowana temperaturą – raptem 92 stopnie Celsjusza.

W pobliskiej budce z napojami i zupkami można kupić 5k rupii jajka i je uroczyście tak ugotować 😉


W pozostałych temperatury są już dużo bardziej przyjemne. Musieliśmy skorzystać.

Na dnie jest ponoć bardzo zdrowa maź. Sprzedają ja nawet w butelkach po wodzie jako souvenir 😉 a na miejscu można posmarować się samemu lub skorzystać z profesjonalnego masażu.


Po kąpieli poszliśmy jeszcze podziwiać wulkaniczne skały, szukać dziur przez które ucieka gorącą para wodna oraz kryształków siarki.



Generalnie wycieczka bardzo udana! Widać że jest to raczej “lokalany” wulkan- atrakcja. Więc czuliśmy się jak indonezyjscy turyści 😉 Za to niestety zarząd już wprowadził różnice w cenniku dla Indonezyjczykow i “Innych”. Niestety 😭 to jedyna wada.
Powrót i szukanie jedzenia. Jest to często frustrujące – zwłaszcza w kontekście wegetarianizmu Kasi i wyjątkowemu podniebieniu Janka 😃 tego drugiego można przekupić deserem 😉
A poważnie udało nam się znaleźć pyszną i tanią “dziurę w ścianie”. Co wyjątkowe: czysta, z mnóstwem warzywnych opcji ( także tofu i tempeh). Wszystkim smakowało! I to za 55k rupii 🙂




Jak wspomniałem – Janka trzeba czasem przekupić! Tym razem przekupiony został francuskim naleśnikiem z czekoladą!

A poniżej lokalna wersja tego przysmaku. Kupiliśmy ja sobie do kawy – jest to smażony chleb tostowy z czekoladą. Podobne przysmaki jedliśmy 15 lat temu na Sumatrze … 😅

I na razie to tyle. Już jesteśmy w Pangandaran. Jest to lokalny kurort. Ale o nim więcej w kolejnych wpisach.
Samo Bandung bardzo zyskało przy bliższym poznaniu. Jest też jeszcze sporo to do zobaczenia: park miniatur, plantacje truskawek ( te z Azji są inne niż w Polsce) , inne gorące źródła… Ale też znalezismy dobre jedzenie i mieliśmy basen. Dzieci mogłyby tu jeszcze zostać – i my też 😉

W mieście, gdzie zespoły rockowe grają na ulicy podłączone na dziko do skrzynek elektrycznych od świateł 😃

I na razie to tyle. Już jesteśmy w Pangandaran. Jest to lokalny, nadmorski kurort. Takie “nie-Bali” a jednak ładnie 😃
Ale o nim więcej w kolejnych wpisach. Trzymajcie się ciepło!
