A teraz witamy w Pangandaran!

Jest to nasz oficjalny chillout’ówek. Miejsce relaksu. Jest to indonezyjski kurort. W dodatku poza sezonem. Zatem turystów białych brak. Turyści indonezyjscy – raczej tylko w weekendy. Knajpki – lokalne. Plaże – względnie czyste. To tyle streszczenia.

Żyjemy tu w 80 metrowym apartamencie z morzem oddalonym o jakieś 150 m. I tyle. Relaks!

Zatem teraz trochę o naszej kulinarnej codzienności. Na pierwszy ogień – roti z czekoladą – nasz najczęstszy deser. Pisaliśmy o nim we wpisie z Bandung. Tu kontynuujemy tradycję…

.

Doszliśmy też do wersji z ciasta naleśnikowego. W dodatku na tym stoisku był też robiony przepyszny omlet. Niestety jak wiele potraw tutaj smażony na głębokim tłuszczu i… polewany tłuszczem.

.

A to wszystko odkrywaliśmy pierwszego dnia. 😉

Następnego dnia dotarliśmy na targ..

A tam poza znanymi nam owocami ( śmiesznie tanie mango, bananami, dragon fruit, ananasy, durian) pojawiło się coś czego nie próbowaliśmy – snake fruit. Lokalny owoc palmy – ze skórką przypominająca skórę węża – także obierając owoc czujemy jakbyśmy obierali go z wylinki węża…

A w środku słodki miąższ o trudnym do opisania smaku.

Natknęliśmy się też na Panią z pysznym jedzeniem.

.
.

Przepyszne! Wszystko!

Jedzeniowo tylko trudno nam czasem się dowiedzieć co kiedy jest czynne. Czasem otwierane jest rano i potem już niemal niczego nie ma. Czasem otwierane po południu a wcześniej tylko zupa z pulpetami. Ale się wpasowujemy 😉

A oto nasz posiłek. Nakryciem zajął się Janek. Do tego była jeszcze zupka.

.
.
.
.
.
.

Bardzo popularny jest tu tempeh. Kurczak oczywiście na każdym kroku. 😉 Tak samo jak zupa ze świeżym makaronem i dodatkami. Całkiem niezłą taka knajpkę mamy tuż obok na rogu.

A niżej – wieczorna porcja gotowanej kukurydzy.

A co robimy? Głównie staramy się odpocząć. Staramy to dobre słowo. Wejście w rytm tego miasta zajęło nam kilka dni. Przecież robimy też lekcje…

A także idziemy na plażę, gdzie zdradliwe słońce trochę nas poparzyło 😅

.
.
.

No i zdobywanie pożywienie bywa wymagające – różne preferencje i odległość od jedzeniowek. Ale teraz jest już lepiej. Jest na tyle dobrze, że chyba zostaniemy to tydzień lub nawet 10 dni. Będzie to nasze główne ” plazowisko”. A potem wrócimy do bardziej klasycznego zwiedzania . Teraz my i dzieci będziemy mieli trochę plażowania 😉 w jednostajnym rytmie. Jedynie żałuję że nie mam żadnego instrumentu ze sobą. Takie powolne dni są idealne na granie!! 😭 Ale mam książki i nutki 😉

No i niestety – jak my znajdziemy materiał na bloga??? Więc wybaczcie prawdopodobna dłuższą przerwę we wpisach 😉